poniedziałek, 16 stycznia 2017

~Funreal~



„Now that I know what I’m without
You can’t just leave me
Breathe into me and make me real
Bring me to life „

Ostra woń czerwonej róży wpiętej we włosy trzymała jedynie Ib na nogach, ponieważ jej serce oraz ciało pragnęło spocząć obok rodziców w ciemnym grobie. Czarna sukna żałobna wpinała się w pierś w żmudnym dopasowaniu, a gryząca koronka na ramionach wiele się dała we znaki. Brązowe włosy opadały bezwładnie na ramiona kaskadą wodospadu a blada od smutku i odwodnienia dłoń ściskała rękę przyjaciółki. Nic nie jadła, nic nie piła. Już… trzy dni nosi żałobę w sercu szukając łatwego sposobu by ułożyć się tuż obok nich w kamiennym grobowcu. Popielaty tren sukni został mięty wiatrem w tył gdy pastor odprawiał w ciszy ostatnie pożegnanie. Ib umierała…. od środka. Mizerniała i nikła w oczach trzymając się jedynie dla nich, jedynie dla Lily czy… choćby wspomnień szczęśliwych dni które nie powrócą. Chciała znów jak dziecię zwinąć się w kulkę i płakać aż nie znajdzie jej Garry nie pocieszy. Garry…. „Gdzie go zabrałeś wielki świecie? Czy nawet jego mi odebrałeś?!” Krzyczała w duchu wyklinając wszystkie światy. Musiała jednak trzymać twarde spojrzenie, musiała grać na zwłokę. Przywdziać maskę realizmu i powagi choć… w sercu była jak kanarek uwięziony w klatce. Bez szansy na przyszłość. W koło  niej tłumne tłumy ludzi, zarówno znanych jak i nie. Bankowców, wspólników, dalekiej rodziny…. Wszystko przypisano jej i siostrze jej matki. Bezdzietnej ciotce o rysach typowej Azjatki, Eto Tsang. Eto miała się opiekować firmą jako współwłaściciel dopóki Ib nie osiągnie wieku szesnastu lat, wtedy wejdzie na stanowisko szefa korporacji. Jednak już sama szkoła miała jej wyolbrzymić zasady biznesu, i tego jak ową firmą zarządzać. Ib kochała Eto która … bardziej przypominała jej starszą siostrę niż ciotkę. Jednak teraz nawet o tym nie mogła myśleć w pozytywach. Nie tu. Na cmentarzu St. Mirea nie tak daleko jej starego domu. Nie w miejscu obdarzonym przez matkę Gaję tak bujnie w roślinność i zieleń. Gdzie wiatr kołysał jej brązowe włosy w rytm swej cichej melodii, a róży odbierał jej zwykły karmin nadając go jej licom. Patrzyła nieprzytomnym wzrokiem jak jej serce idzie na dno wraz z mahoniową trumną. Jak umiera jej niewinność, Mary… Skąd ta wiedźma rodem z krainy bohomazów wiedziała o śmierci jej rodzicieli? Czyżby… maczała w tym swe malowane łapki? Czy rozdeptała jej kwiat… niewinności jak to czyniła w koszmarach sennych? Wyrwała wszystkie płatki i podeptała brutalnie?! Wyrzucając ze śmiechem jak kolejną zepsutą zabawkę do Toy Box’u? Tak. Ale tamta Ib nie żyje… Zginęła w samolocie razem z matką i ojcem, by teraz odrodzić się niczym Feniks z popiołów i ulecieć w przestworza by rozpocząć wszystko od nowa. W jej główce niczym echo rozniosły się słowa Mary na co parsknęła w duchu i cichym praktycznie nie słyszalnym głosem odrzekła w przestrzeń.
-Miałaś rację złotowłosa różo… Nie mam rodziców… Ale nadal mam coś czego ty nie posiadasz…. mam serce i przyjaźń innych…..
***
Szybkie kroki nie ocaliły Garrego przed spóźnieniem na tak huczne i nadzwyczajne wydarzenie jak pogrzeb państwa Evans. Zaspał co było i wyłącznie jego zasługą, zaspał ponieważ siedział upojony do nocy nad portretem twarzyczki z minionych lat. Twarzyczki istotki którą powinien teraz pocieszać. Powinien stać przy Ib oddając należytą cześć rodzicielom dziewczynki mając w pamięci czas gdy oni akceptowali ich przyjaźń pomimo że wyglądała nienaturalnie. Za dobre serce jej matki, złotoustej Myrny Tsang Evans, którą wszyscy znali i kochali. Tak. Ib w szczególności wdała się w jej personę ze swym krystalicznie czystym krwawym serduszkiem pomimo iż myślała że tak nie jest. Ale to mogło się odbyć jedynie w jego wyobrażeniach gdy biegł ulicami prostą drogą na cmentarz roztrzepując prowizorycznie ułożone fiołkowe włosy na głowie. Nieodłączny płaszcz tym razem wyprany i elegancko ułożony również stracił na swym uroku w tej wietrznej matni co nie wywarło większego wrażenie na pośpiesznym w owej chwili właścicielu.
***
-Cholera.-Zaklął cicho pod nosem gdy dotarł na miejsce zobaczywszy ogrom ludzi wylewający się z cmentarza. Anie cienia szansy by podejść bliżej w krąg najbliższych istot świętej pamięci, ani szansy by podejść i złożyć u stóp kamienia malowniczy bukiet ściskany w ręce. Cierń róży wbił się delikatnie w dłoń mężczyzny wykonując krwawo czerwone nacięcie na skórze jego dłoni. On jednak nawet tego nie zauważył zajęty obwinianiem się o zaistniałą sytuację. Jednak wyczuwszy wszechobecną atmosferę zaczął ganić się jeszcze mocniej za ludzką samolubność. Za to że  myśli o sobie podczas gdy ludzie w koło niego cierpią i ronią słone potoki łez, podczas gdy Ib… zapewne zamyka się w sobie umierając od środka. Co by dał by jak za dawnych dni przytulić dziewczynkę do siebie i pozwolić się wypłakać, wyżalić. Jak na przyjaciela przystało. Czuł się podle że go przez ten czas przy niej nie było, czuł się źle że oddalili się tak od siebie a ich przyjaźń zostawiona została na tak wiele prób. Stał na końcu kolejki ludzi by choć… spróbować zbliżyć się do istotki przy składaniu kondolencji, choć szanse na to przy takiej ilości istot ludzkich były…. nikłe.
***
Lily czuła że nie pasuje do grona żałobników którzy posyłali Ib sztuczne uśmiechy i fałszywe kondolencje. Choć znaleźli się i ci szczerzy, ginęli w morzu kłamstwa i zawiści pojedynczych jednostek. Wszechobecna smuta wysysała radość i uczucia z powietrza mieszając się z bezbarwną smugą szarego nieba. Blondynka płakała szczerze nad ludźmi których nawet nie znała, ale jeśli zdołali wychować kogoś tak wspaniałego jak Ib… musieli być kimś wspaniałym. Jednak irytowało ją uczucie samotności jakie przeżywała w tej chwili Ib. Kondolencje przyjmowała ze sztucznym opanowaniem w kręgu ciszy opierając się o Lily jak o ścianę. „Smutek… zmienia ludzi Lil. Ib nie zostawi cię samej jak inni…. prawda?” ta samolubna myśl przeszyła jej głowę. Nie. Ona taka nie jest. Nigdy nie potrafiła być oschła i chować uczuć, nawet teraz odsłaniała przed światem zapłakane lico w nadziei że ktoś ją zrozumie. Ib była dla niej przez ten rok opoką, jak siostra, najlepsza przyjaciółka i powierniczka sekretów.
-Lil chodźmy stąd…. -Usłyszałam jej cichy szept pośród gwaru rozmów czekających w kolejce. Dziewczyna zbladła i lekko zadrżała jakby jej skóra dopiero w owej chwili zaczęła odczuwać zimno tego dnia. Lily przejechała dłonią po złocistym koku odsuwając małe niesforne włosy które z niego wyszły na wolność na boczny tor. Objęła przyjaciółkę pod ramię i zapytała.
-Na pewno Ib?- Dziewczynka nieobecnym wzrokiem zerwała z bukietu położonego przez jej ciotkę złocistą różę i zgniotła ją boleśnie w palcach. Lila zerknęła kantem oka na skromny bukiecik różowawych i czerwonych róż owitych w żałobną tasiemkę którą kupiła ze swego kieszonkowego. Nie chciała prosić bogatych opiekunów o dorodny i bujny bukiet wyrażający nic innego jak puste słowa owiane w mgłę kłamstw. Wolała dać coś swego, coś prawdziwego ze swej kieszeni a nie pokazać że jest… bogata. Nigdy o to nie prosiła zważywszy na znaną oschłość tej części społeczeństwa. Szatynka pokiwała energicznie główką wprowadzając tren sukni jak i całość w ruch.
-Proszę….-Cały smutek w tym wyrazie wlał się  w serduszko blondynki ukazując w jak słabym stanie psychicznym się znajduje jej przyjaciółka. Doskonale znała ten stan i doskonale wiedziała co zrobi Ib zaraz po powrocie. Zacznie malować, albo… zapisze szczegółową i staranną notkę w intymnym świecie kart pamiętnika. Odda smutek w której kolwiek z tych artystycznych odwołań i przeleje na nie uczucia które po skropleniu dają łzy. Ib prawie nigdy nie płakała czym imponowała Lilianie. Uważała że jej Azjatycka część rodziny ma rację. „Płacz to słabość, więc nie nauczono mnie płakać”. Nigdy nie rozwijała tego tematu, nigdy nie wyjaśniała tych słów i nigdy… nie uroniła łzy przy przyjaciółce. Lily wiedziała że wstydzi się płakać przy innych, nawet przy niej. Że płacze gdy jest sama albo gdy zamknie się w toalecie akademika.
-Przepraszamy państwa!-Zaczęła niepewnie Lily jednak jej głos choć cichy, dziwnym trafem rozbrzmiał wśród drzew i nagrobków powodując ciszę natychmiastową, wręcz grobową.-Moja droga przyjaciółka Ib… nie czuje się dobrze.- Po powiedzeniu tego ugryzła się w język. Powinna inaczej sformułować zdanie na korzyść Ib a nie jej szkodę. – Na dodatek… już za chwilę zaczyna się stypa na cześć zmarłych więc… bardzo, ale to bardzo przepraszam w jej imieniu.- Ib patrzyła nieobecnym wzrokiem na swe czarne baletki szepcząc coś w ciszy, powoli ruszyła w kierunku wyjścia z cmentarza razem z Lily przechodząc przez tunel rozstępujących się gości. Lily szła z nią stanowiąc oparcie by wyczerpana trudami tego dnia istotka nie upadła. Dość się już nacierpiała tego dnia i zbyt dużo czasu spędziła w lęgowisku pesymizmu. Złotowłosa przytuliła dziewczynkę tuż przy limuzynie która miała odwieść je do restauracji na owy obiad, a szatynka oddała ten akt przyjaźni mówiąc.
-Lily proszę… chociaż ty mnie nie zostawiaj…- Złotowłosa otarła szybkim ruchem łzę z pod oka nim rozmazała warstwę hebanowego tuszu do rzęs.
-Nie zostawię przyjaciółeczko. Obiecuję… różyczko.-Rzuciła żartobliwie by wywołać sekundowy wyraz uśmiechu na jej twarzy po czym wsiadły do pojazdu.
***
Przez chwilę stał nieruchomo wpatrując się z drugiego końca cmentarza w nikły zarys znikającego na horyzoncie  pojazdu. Ib… i Mary. Mary….Mary. I Ib….Ib… razem. Czy nawet w takiej chwili nawiedzają go nikłe i ponure fatamorgany z okruchami przeszłości?! Przecież to nie możliwe by malownicza złotowłosa istotka dalej stąpała po świecie z taką werwą! Czy jego zroszony smutkiem i złością na siebie umysł podsuwa mu takie banalne kłamstewka? Nie… to nie realne by złotowłosa bez problemu przytuliła istotkę jaką była szatynka. Garry przymknął oczy i otwierał jej kilka razy by się upewnić że to tylko zwidy.
-Chyba się jednak nie wysypiam…-Stwierdził dalej czekając wśród ludzi by podejść do grobu. Nie dane było mu jednak dziś spotkać Ib co nie poprawiło jego samopoczucia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz