wtorek, 24 stycznia 2017

~The cave of dragon~


"I’ve always been the kind of girl
 That hid my face
So afraid to tell the world
   What I’ve got to say"


Ludzie to daremne istoty, udają że pojmują choć gram sztuki a tak naprawdę nie rozpoznali by Monalisy przed swymi oczyma. Garry szybko meandrował pomiędzy stolikami witając nowo przybyłych gości, których nie obchodziło nic znajdującego się w pomieszczeniu. Witał nieznajomych, wygłaszał banalne sformułowania udawając że jest częścią tego świata... Nigdy nie będzie taki jak oni jednak życie to jedna wielka gra w której jesteśmy tylko pionkami, jesteśmy figurami w rękach szachisty życia... Ciche brzdęki kieliszków z rubinowym płynem rozbrzmiewały po całej sali, jedni pili przy stole, inni przy obrazach... Brak szacunku dla sztuki był widoczny z oddali...

Każda osoba czekała na świeże ploteczki o osobie obok, mówiła jedno myślała drugie... Perfidia.... Kłamstwa.... Intrygi... Czy on chciał się w takim towarzystwie obracać? Podszedł do jednego ze swych obrazów które znał na pamięć w każdym calu, centymetr po centymetrze... Jednak ten był wyjątkowy, piękny z powodu treści zawartej na płótnie farbą. Tytuł również odzwierciedlał.... Ją. "Córka Róży" piękne oczy w koloru rubinów, brązowe włosy w których tkwiły kaskady krwistych róż. Końcówki jej brązowych włosów były zaczerwienione by dodać efekt do bladej twarzyczki i czerwonej sukni... W koło niej wiły się zielone pnącza z kolcami które nie tykały jej osoby... Wręcz tonęła w czerwieni róż... A jej oczy były zaszklone od małych łez, usta w uśmiechu.... Była piękna.

Uwielbiał stawać pod tym freskiem i go podziwiać, przedstawiał piękno młodej istotki która zagościła głęboko w jego sercu swą nadmierną odwagą i determinacją, tyle go w końcu nauczyło jej młode serduszko...

W koło zawrzało od szeptów i innych głosów obwieszczajacych przybycie kolejnej osoby... Plotki, ploteczki... Tyle gadania.... Jednak.... Zaskoczyło go brzmienie tych plotek.

-Przybyła... Widziałaś jaka ona piękna... Wykapana matka....

-Eto powinna być dumna z takiej siostrzenicy...

-Arturze widziałeś jej ubiór? Chcę znać jej projektanta!

Wszystkie rozmowy wrzały a temat dziewczęcia które zaszczyciło tę galerię swą osobą, jakby była najważniejsza wśród wszystkich tych ludzi... O kim mowa? Był wręcz ciekaw kto przyćmił błahe konwersacje o wszystkim i niczym swą osobą.

Po chwili usłyszał jedwabny głosik obok swej osoby który był zaskakująco pogodny.

-Piękna róża na tym obrazie... Nieprawdaż?

***
Gdy Ib przemogła początkowy strach jak panował nad nią z powodu wejścia do feralnej galerii, u boku Lily wkroczyła do środka pomimo że każdy krok przypominał stąpanie bosymi nogami po szkle.... Strach przed wejściem wyparował w chwili, gdy pojawił się inny strach.... Przed falą spojrzeń na jej personie, i sukni. Przeszywały ją na wylot niczym strzały samego Boga Apollina i  sprawiały że w jej żołądku latało stado rozwścieczonych os. 

Przygryzła wargę siląc się  na firmowy wyraz twarzy, zwykłą obojętność i ułożenie kryształowych szafirów w przestrzeni, w jednym punkcie. Nagle poczuła się jakby była Odessą w jeziorze łabędzim, jakby zaraz miała przemienić się w bielisto piórą istotę. Szła przed siebie ignorując świat, koncentrując się na jedynym. Na pięknie sztuki.

-Lili Idę podziwiać obrazy.... Zechcesz mi towarzyszyć? -Widząc że ludzkie ucho wyłapie każdy jej nie takt, przeszła w język... Dość gustowny. Ludzie niczym mrówki w swym kopcu powoli się do niej przybliżali jak do królowej by choćby powitać. 

Wykonywanie Dygów i sformułowań grzecznościowych weszło praktycznie w krew, więc nie zwracała na to większej uwagi. 

-Oh, z przyjemnością jednakże pragnę powitać mych rodziców... Droga przyjaciółko, wybaczże. Spotkamy się przy stole.-Lili wbrew etykiecie położyła dłoń na szewku sukienki Ib, na ramieniu w pokrzepiającym geście. Odeszła w kierunku stołu.

Ib westchnęła i podeszła do pierwszego obrazu. "Wilczy szlak" ta nazwa tknęła w jej artystyczne ego nową dozę weny, aż na usta cisnęła się nowa pieśń. Przedstawiciel rasy wilka na klifie w otoczeniu natury nocy i magii, jego skóra była jak heban zmieszany z mysią szarością.... Łeb dumnie odwrócony od tafli księżyca jakby cudne zwierzę miało coś na sumieniu i kryło to przed pełnym obliczem swej Patronuje nocy, bogini Nyks. 

Wzbudzał w niej markotne emocje niespełnionej obietnicy....

Ib była tu niczym cesarzowa w swym pałacu, tren sukienki lekko łaskotał jej skórę i utrzymywał w przekonaniu że to nie jest sen. Na palcach balansowała między dziełami zachowując za ustami świerzbiące uwagi i doznania wizualne dla tej.. niebanalnej sztuki. 

Czasem zamieniła słowo z gośćmi bardziej zainteresowanymi nią niż obrazami, choć byli też tacy którzy pomimo swych nikłych znajomości ze sztuką wyrażali swe opinie, może nie tak bogate i profesjonalnie jednak prosto z serca.

Kilka słów na kartkach przed obrazami, kilka kompozycji na płótnie dało w znaki jej rozszalałym wspomnieniom.... W tle grała powolna melodia gitary dając upust złym echom przeszłości, dziewczę miało ochotę wyrwać ze swej kreacji jedną róże i oskubac jej płatki aż do rdzenia. 

To ona była tym wilkiem z obrazu, jej szlak to całe życie jakie było, jest i będzie. Grzechy i błędy, słowa i milczenie, emocje i brak empatii....Wszystko. Rubinowe oczy mokre od łez, które trzeba tamować w głębi siebie.... Czy to wpływ tych kilku ścian że tak to przeżywa? Kto wie.

Jej uwagę przykuł mężczyzna podziwiający obraz w szkarłatnej kotarze. Jego włosy zdawały się miść odcień burpury z fragmentami fijołków i był dość wysoki, ubrany gustownie jak na tę okazję. Ludzie omijali ten obraz spoglądając na niego i od razu plotkując, tak jakby nie tylko Ib była atrakcją wieczoru. 

Skoro ktoś jak ona boryka się z problemem zainteresowania to nie może być zły.... Dziewczę Feniks w ciszy przystanęło obok niego i lustrowało wzrokiem linie obrazu, prostość kreski i barwy. Spojrzała na tytuł i mimowolnie się Uśmiechnęła "Córka róży" jakież rozkoszne, bajkowe sformułowanie. 

Postanowiła zagaić do rozmowy osobę obok siebie która doceniwszy sztukę nawet jej nie dostrzegła. Trudno się temu dziwić...

-Piękna różna na tym obrazie... Nieprawdaż?-Zapytała szczerością jaka płonęła w jej sercu, oczekując że nieznajomy odpowie.

On lekko się uśmiechnął tak, jak uśmiecha się ekspert słysząc ironiczne uwagi nie obeznanych w temacie ludzi, czyżby brał jej słowa w żart?

-Owszem.... Ładny.

-To mało powiedziane moim zdaniem. Kreska jest prowadzona tak jakby to nie ręką ludzka prowadziła autora, nie pędzel w farbie maczany a dusza i umysł w jedności.

Takiej odpowiedzi jej rozmówca nie spodziewał się usłyszeć, odwrócił na nią wzrok zaskoczony a gdy ujrzał ja w pełni -Czy raczej jej strój i osobę - był w pełnym zdumieniu. 

Dziewczynka miała chwilę by zarejestrować odcień jego oczu i wyraz twarzy który zdawał się wynurzać z oceanu wspomnień. Były jak Błękitne, oszlifowane diamenty odbierające blask morskim falom, czy odcień błękitu Lapisu. 

-Przepraszam nie spodziewałem się spotkać tu kogoś kto doceni te akty sztuki.-Stwierdził przyznając się między wierszami do błędu. Brunetka stłumiła chichot.

-Proszę nie przepraszać! Również nie spodziewałam się że ktoś zaszczyci je okiem profesjonalisty, niźli by rozmawiać z innymi.-Odrzekła elokwentnie poprawiając tren sukni, zauważyła że mężczyzna kątem oka lustrując jej ubiór.-Maluje pan również?

-Zdarzy mi się czasem, jednak nie mam się czym pochwalić.-Rubinowooka nie wiedziała czy to blef czy prawda, postanowiła nie drążyć tematu.

-Ten obraz najbardziej przyciąga uwagę z tych wszystkich, co pan o nim sądzi?

Wydusiła po chwili ciszy zastanawiajac się czemu jeszcze kontynuuje konwersję, a wręcz ją podtrzymuje a nie podziękuję i odejdzie.... Ba! Rozmówca wręcz ochoczo odpowiada choć sam o nic nie pyta, czyżby wiedział kim jest i robi to tylko by błysnąć w oczach innych? 

Tyle pytań a tak mało odpowiedzi...

***

Garrego zafascynowała istota wyglądem przypominającą anioła utkanego z kosmyków ognia i płatków róż. Mogłaby zostać jedną z jego natchnień,muzą, a jednak przypominała Ją.... Tak jakby się kiedyś spotkali i ten lekki, nieśmiały uśmiech został mu kiedyś podarowany. Gdyby miał nazwać obraz na cześć tej persony, bez wahania obwieścił by go ogniem bądź złotem.... "Goldia" tak by go nazwał.

-Sądzę że artysta bardzo emocjonalnie do niego podszedł, wyraził swe wspomnienia związane z pozytywem postaci i smutki z jej rozstaniem. Kreska jest prowadzona jednoznacznie, jednak kolce i róże wyrażają chaos. Ona jest harmonią tego fresku, a świat w koło niej jej antagonizmem.

Dziewczynka zdała się być  usatysfakcjonowana z takiej wypowiedzi. 

-Lepiej bym tego nie ujęła panie....-Wreszcie gdy chyliła się ku odejściu, postanowiła poznać imię co było widoczne w jej uśmiechu.

Niestety tak, jakby czas na ich rozmowę był wyznaczony i właśnie upłynął rozległ się trzykrotny brzdęk łyżeczki o kieliszek. 

Dziewczę dygnęło chyląc główkę ku ziemi i przeprosiła kierując się w kierunku stołu pełnego rozmaitych przekąsek. Garry stał chwilę wpatrując się w obraz jakby dziewczyna na nim z zazdrości o ich rozmowę sprawiła że eter przyniósł dźwięk łyżeczki o kieliszek.

Po chwili wiedząc co go czeka ruszył w kierunku stołu i niewielkiej sceny gdzie miało nastąpić oficjalne  powitanie i otwarcie przedpremierowego pokaz obrazów. Młoda kobieta o jadeitowych oczach i ciemniejszej karnacji w odcieniu Stonowanej czekolady, na jej biodrach trzymała się suknia w odcieniu lapisu co kontrastowało z prawie szarymi włosami, chyba na galę malarską ubrał się jak żywa abstrakcja...

Angela Manako była jedną z wyżej postawionych osób w tej firmie, i zajmowała się mediacją. Lekko puknęła w siatkówce mikrofonu środkowym i wskazującym palcem sprawdzając czy mikrofon działa. 

-Raz, raz... Witam wszystkich państwa na oficjalnym otwarciu przedpremierowego pokazu malarskiego "Zwariowany Świat Obrazów" pana Garrego Lightwod'a. Pragnę powitać także wszystkich głęboko powiązanych z zarządem i szefostwem firmy developerskiej Exportex. Pana Garrego prosimy o kilka słów na temat swych dzieł.-Kobieta profesjonalnie wsunęła się w cień razem z burzą swych zgrabnie przycięte CH do lini ramion loków w odcieniu palonego zborza. 

Garry nie wiedział czy ma stać czy mdleć, w końcu on i występy publiczne to nie ta sama kategoria... Zacisnął ręce w pięści i w myślach policzył do trzech.

Zrobi to.... Dla Ib.

***

Ib przycisnęła obok Lily która ruchliwe gestykulując rozmawiała z matką. Skinieniem głowinki powitała ojca przyjaciółki, który posłał jej swój firmowy, pokrzepiający uśmiech. Nie przerywając kobiecie i jej latorośli, Ib chwyciła dzbanek w dłonie i nalala sobie roztworu dyfuzji japońskiej herbaty. Znajomy zapach uspokajał i koił rozbiegane uczucia. Potem sięgnęła po różano barwionego makaroniki francuskiego wsłuchując się w pogodny i lekki głos konfenansierki swej firmy. 

W pewnym momencie jej serce chciało wyskoczyć z piersi wyrywane nagłym odruchem. Nie pomagał uspokajający zapach, obecność przyjaciółki i zaufanych osób w koło ani radość z sztuki w koło.... Z jej ręki wyleciał makaroniki tocząc się po stole. 

Mama Lily Samira spytała natychmiast czy wszystko jest dobrze, dobrotliwa 
Duszyczka gotowa była wyprowadzić Ib na Świeże powietrze w razie potrzeby. Dziewczynka zaprzeczyła.

Jednak nie tak łatwo było oszukać przyjaciółkę... Blondynka o urodzie Mary gdy usłyszała imię i nazwisko Garrego wbiła spojrzenie swych tęczówek w Ib a jej mina mówiła wiele emocji. Usta poruszyły się ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, Ib mogła jedynie czytać z ruchu jej warg. A wyglądało to mniej więcej tak "OToTenGarryCzemuMiNiePowiedziałaś?AleCzad!ChodźmyZNimPogadać
PrzedstawiszMnie...NoChooooodź." 

Nie. Dla Ib zdecydowanie to nie był "Czad" była przerażona sytuacją że może ją rozpoznać i... I... Być zły na nią za to jak znikła z jego życia, za to że nawet się nie przedstawiła przed jego obrazem....

 A może on wie że to ona?! Tylko... Ją testował albo sprawdzał czy w ogóle go pamięta! By ułagodzić skołatane serce oraz nerwy, nalała do szklanki herbaty z odrobiną Melissy, i wepchnęła do ust lukrowane ciasteczko. Mogła chyba sobie pozwolić na taki mały nietakt w czasie takiego zdenerwowania?

Garry wszedł na estradę powolnym krokiem, nie spieszyło mu się a jego twarz wyrażała nie zadowolenie z powodu przymusu występu publicznego. Cóż mu się dziwić.... Fioletowe włosy pomimo dokładnego uczesania wbrew swej naturze, rozwiały się we wszystkie strony świata, jednak ubiór pozostał elegancki... Nieco nie w jego stylu. 

Ib oparła rączki o blat stołu skupiając się na jego osobie całym sercem i wzrokiem, tak jakby miało mu to dodać odwagi.

"Dam ci swoją siłę, bo wiem że mam ją wciąż..." ~ Zaintowała w myślach patrząc na niego skwapliwie za czego śladem poszli inni goście by upodobnić się do właściciela tak ogromnej korporacji! 

Garry chrząknął by po chwili zaskakująco swobodnie przemówić wymawiając dokładnie każdą zgłoskę, każde słowo. 

-Witam państwa na oficjalnej części dzisiejszego wieczoru, to dla mnie ogromny zaszczyt zaprezentować przed tak wspaniałymi osobami moje artystyczne wizję i przekazy. Chciałbym gorąco powitać zarząd firmy jak i prezesa i wiceprezesa całej korporacji.-Ib lekko zawstydzona wstała dygajac lekko jak na dane przystało i wyszukała wzrokiem ciotkę która czyniła identyczny dyg.

Gdy skierowała wzrok na powrót, na scenę fioletowo włosy patrzył w proszku na nią w zaskoczeniu. No tak... Taka młoda istota prezesem, to wielki szok. Cóż... Może po prostu ją rozpoznał i teraz upewnił się w swej teorii że to właśnie nikt inny jak Ib. 

-Dziękuję za uwagę.-Wrócił do obojętnego tonu gdzy dziewczyna na powrót usiadła, szmery i rozmowy rozebrzmiały ponownie w większą siłą, a dostojny lokaj z kateringu rozdawał lampki szampana na toast.

 Ib zerwała się na równe nogi by odszukać wzrokiem wychodzącego z galerii malarza. "Szlag by to!"~ krzyknęła w myślach kierując się tam. Teraz zaczęła się oficjalnie impreza przeznaczona bezpośrednio dla firmy... Nie obowiązywała go obecność. 

Na jej nie szczęście nie udało się go złapać. Gdy wypadła na parking już go nie było. Za późno.... Zacisnęła ręce w pięści słysząc wołania zatroskanej ciotki z okolicy budynku.

-Ib! Ib! Gdzie... Ty... Pędzisz...-Kobieta stanęła obok niej kładąc na jej ramieniu rękę. 

-Już nigdzie ciociu Eto, wracajmy... Już za późno, czas się obudzić...-"nie żyć przeszłością"~ Dodała w myślach odchodząc z ciotką do wnętrza Feralnej Galerii....

poniedziałek, 16 stycznia 2017

~Return of an art galery~

„I’m very happy that you were the one,
and I met you long before I’m gone.
But even so I konow that you had to go. 
To leave me there and on my own.”

„Stała na środku pokoju wyciągając w mym kierunku dłoń z czerwoną różą, na szyi miała dziwny naszyjnik z połamanym na pół kryształowo szkarłatnym sercem, drugą kurczowo przyciskała do siebie puchatą maskotkę króliczka, ze krwistymi oczyma wpatrującymi się we mnie. Wszędzie tylko ściany tego piekła, i obrazy czy raczej same ich ramy. Dwie czerwono okie istotki przeszywały mnie wzrokiem, jeden tak nienawistny a drugi tak zagubiony. Jednak ja wiedziałem co zaraz nastąpi, że ta koszmarna lalka wyrwie z tej różyczki ostatnie płatki napigmentowane czerwienią i Ib umrze, albo coś jeszcze gorszego. Dzieci widzą świat inaczej niż dorośli… Przypomniał sobie gdy senna mara dziewczynki pogłaskała „lalkę” po główce i powiedziała.
-Przynajmniej ten króliczek mnie nie opuści…-Uśmiechnęła się złowieszczo.-Jak ty… Garry…”
Garry obudził się przerażony we własnym pokoju, opoce czterech ścian która powinna mu dać spokój i ukojenie. Otóż…  nie dawała odkąd zaczęły się monotonne i nieustanne koszmary z Ib w roli głównej. Widział jak dziewczynka umiera w galerii, obwinia go za wszytko, sam nie umiał tego znieść widząc tyle razy jak Ib ginie, czy to z ręki Mary czy z innego powodu bał się przesypiać noce. Ciemne cienie tańczyły w swym błogim tańcu nienawiści w rogach pokoju napawając rosnącą dozą niepokoju. Tłumaczył te nagłe ataki przepracowaniem, czy innymi czynnikami które da się racjonalnie wyjaśnić. Nawet jeśli w nie nie wierzył…. Zamglonymi jeszcze od palców Morfeuszowych oczyma przeczesał nerwowo pokój w uczuciu nie skrywanej irytacji że ktoś mógłby zaszkodzić jego snom, jakiś stalker w lustrzanym półmroku. Ale nie, Mary tu nie było, ani tu ani w innych pomieszczeniach które chwiejnym krokiem zwiedził. Zerknął na zegarek który wyświetlał złowieszczo że jest już czwarta. Czyli spojrzał jedynie po to by zobaczyć że i tak mało snu mu na  dziś pozostało, o szóstej musi dopracować szczegóły przed oficjalnym otwarciem wystawy. Sięgając po swój płaszcz i zarzucając zerknął na na paczkę papierosów, by po sekundowej bitwy z samym sobą po niego sięgnąć. Kolejna przegrana bitwa… To Dobiło go jeszcze mocniej, ruszył na balkon by zapalić ów uzależniający twór i przemyśleć każdy fragment koszmaru, oraz kiełkujący powoli w głowie pomysł na obraz…
***
5 lat, trzy miesiące i 7 dni…..
Pięć dni do moich osiemnastych urodzin….

Znów to robię. Piszę to czego nie powinnam pisać, przeklęty umysł i ręce, przeklęte palce kremowej dłoni trzymające pióro. Liczę, a licznik mój jest poprawny w stu procentach, tak… jakby to że zapisuję tu swe najskrytsze uczucia i lęki nie wystarczyło. Tak jakby to miało ich przywrócić do życia, do mnie… Wiem… dłonie piekielne wyryły we mnie ten nawyk swymi nienawistnymi dłońmi…. O skąpana w czerni ma duszo której w dniu wypadku odebrano zdolność wyboru dobra i zła, zatracająca się w ogromach katuszy mroku. Wtedy tak jak dziś chciałam tylko jednego…. „Kiedy świat sprawił że żyłam choć straciłam cel, chciałam móc cofnąć czas i swoje narodziny. Mimo to wstrzymałam się by szczęścia chwile przyszły, by wróciły do mnie znów tak jak ty powrócisz tu.” Nie wiem czemu lubię ten fragment pewnej piosenki która aż mnie kąsa  swym słowiczym dźwiękiem nut, i nie wiem do kogo się zwracam. Nie wiem czy chodzi o to by oni powrócili czy o dawno utracone konszachty z drogim mej duszyczce przyjacielem, czy nie. Z każdym dniem coraz gorzej udawać równoważoną istotkę ze znikającymi symptomami obłąkania które unosi się w powietrzu na wyciągnięcie zgrabnej dłoni. Sadystyczne i beztroskie życie, żywot bez skaz na pierwszy rzut oka widocznych. Dziś Jest dobrze bo wieczorna pora ale cóż będzie jutro? Już na nagły wypadek spiszę datę jutrzejszą bo przeczucie niepokoju napełnia me kruche ciało, ogarnia zamglony od zawiści do wspomnień umysł i koi zagubione niegdyś pragnienia. Poczucie że wszystko będzie dobrze poi mnie wyimaginowanym kłamstwem życia. Poi smutkiem, żalem i radością z cierpienia mętnej wody, odmętów duszy mojej. 
5 lat, trzy miesiące i 8 dni…..
Cztery dni do moich osiemnastych urodzin….
***
-Więc… czy któraś z was może mi powiedzieć co oznacza pojęcie „Tympanon” w starożytnej architekturze?- Ib nerwowo przygryzała ołówek pokazując obecne poddenerwowanie pomimo zajęć szkolnych w których ciałem uczestniczyła, ale nie duchem. Obok niej Lila kartkowała zeszyt wyszukując sensownej notatki na temat podany przez panią Robbins. Robbins. Dość pospolite nazwisko i nie pasujące do postaci lekko przy kości kobiety w podeszłym wieku nauczającej o historii sztuk starożytnych. Ib nie zwracała uwagi na rękę która ołówkiem swobodnie płynęła po papierze dając rozwinąć się w symfonii nowego rysunku. To było naturalne, nie myślała o obrazie, nie myślała o ręce i powstawało naturalnie. Gdy jej umysł błądził po wspomnieniach powstawała idealna ilustracja do jej zbłąkanych myśli. Wpatrując się w tył siwego koka nauczycielki rozmyślała o tym jak to by było mieć własną galerię, tworzyć własną historię i sztukę. Zaprosiłaby tam wszystkie drogie jej duszyczce istotki zamieszkałe nawet na dnie serca. Obudziła się ze świata makabrycznych mrzonek jawy sennej dopiero gdy jej krzesełko zatrzęsło się od kopniaka wymierzonego z tyłu, nie musiała się nawet obracać cóż za ordynarna istotka to zrobiła, teraz martwiła się inną rzeczą. Kartka ze starannym rysunkiem dziewczęcia i chłopca przyglądających się prowizorycznym obrazom w wymarzonej galerii pofrunęło w siną dal tuż pod biurko nauczycielki, która nieświadoma tej wpadki zwróciła się do katedry. Było kwestią czasu gdy schyli się po prowizoryczny „śmieć” i zobaczy coś zupełnie innego niż Grecka Architektonika. Owa persona za jej plecami zaczęła chichotać dumna z siebie widokiem lekko zażenowanej i ściągniętej na ziemię w fali rumieńców Ib. Naomi Babakua, córka wysoko postawionego szejka naftowego z południowej Afryki, i odwieczny wróg szatynki. Naomi jest mulatką o włosach koloru parzonej kawy z pięknymi zielonymi niczym liście palmowe oczyma, ma wysoko uniesiony podbródek i duże błyszczące oczy. Usta ma ciemniejszej barwy zazwyczaj skupione ku sobie, a włosy spięte w fantazyjne fryzury które odwracają uwagę od ich lekko buntowniczej natury „Afro”.  Ma figurę prawidłowej dziewczyny z drobnymi udoskonaleniami biustu i szerokich bioder, zazwyczaj ubiera się skąpo, jak panna upojona do nocy w domach publicznych dla panien, nazywanych zazwyczaj mniej pochlebnie. Rozpieszczona do kości mogła mieć wszystko co chciała, jednak gdy Ib widząc jak odnosi się do innych odmówiła jej przyjaźni stały się wrogami. Mulatka nie umie zdzierżyć myśli o tym że ktoś miał czelność jej się postawić, a nawet przewyższać ją swą urodą, która w wypadku Ib nie byłą zasługą botoksu i sylikonu. Ib chwaliła sobie to że ma na kim się wyżyć w złe chwile, a bez mózgi plastik zwany przez nie pobłażliwie Larwą nadawał się idealnie. Za Lilką siedzącą po prawicy Ib siedziała istotka o kręconych złotych  niczym u blond Barbie włosach i butelkowo zielonych oczach mieniących się na błękit, skórę miała w odcieniu ciepłego karmelu opaloną sztucznie i operacyjnie umieszczany na twarzy nos. Natasha Loveroff, Rosjanka która w obecnej chwili nie nosiła na sobie typowego Rosyjskiego stroju a firmową bluzkę z Cappa odsłaniającą dość spory fragment biustu oraz brzucha. Naomi i Natasha , dwie larwy śmiejące się z Ib która płonęła w karminowej czerwieni rumieńców zdradliwych lic. Lily ratując sytuację, lub praktycznie zwracając na nie uwagę podniosła rękę do góry.
-Prze pani!-Oznajmiła z uśmiechem pełnym perlistych ząbków.-Ja znam odpowiedź!-Przez salę przebiegł pomruk dezaprobaty reszty uczestników zajęć zezwalający na podzielenie się  wiedzą z innymi, cóż się dziwić. Każdy powód jest dobry do odwrócenia od siebie uwagi by oddać się błogiemu lenistwu i udawaniu zasłuchania w wypowiedź rówieśniczki. Ib już w myślach widziała sztuczny uśmiech Larwy symbolizujący  ukrytą złość na to że musi udawać perfekcyjną uczennicę na widoku belferki. Gdy więc Lily zaczęła wywód na temat Greckiej Architektury, Ib miała czas by przeczesać wzrokiem klasę. Nic nadzwyczajnego, Nora Hibbens Amerykana patrzyła z rozmarzonymi oczyma na czarnowłosego Anglika z zielonymi oczyma, a mianowicie Jacoba Owist’a. Angelika i Rebecca Rovlens, bliźniaczki głupkowato się śmiejąc planowały kolejny psikus wart aprobaty rudowłosych Weasleyów z Harrego Pottera, którym dorównywały. Dzień jak co dzień, tu jeden czyta tu drugi plotkuje a trzeci rysuje. Nic po za tym, i tylko ona, Ib gryzie ołówek w zniecierpliwieniu, Gryzipiórka. Co może być równie irytujące jak dźwięk nieustannego pstrykania w długopis! Jednak nie to dawało dziewczynie niepokój, czuła że ktoś się zbliża, słyszała jak podchodzi do drzwi sali i cicho puka. Jej zmysły często były jak kocie, lepsza orientacja w terenie czy wydający się lepszy od innych słuch.
-Bardzo dobrze Liliano usiądź.-Starsza kobieta nawet nie zwróciła uwagi na poprawność wypowiedzi tylko gestem nakazała jej usiąść.-Proszę!-Rzuciła do drzwi w których pojawił się kamerdyner szkolny który był wyuczony do wpychania się na lekcje z zaleceń góry. Tak to wygląda gdy się jest dzieckiem biznesu, gdy bogaty ojciec przyjeżdża i chce cię natychmiast widzieć czy masz coś podpisać. W najgorszym wypadku niesie zaproszenie na uroczystość firmową bądź związaną z wyższą klasą, czego Ib nie znosiła najbardziej a skłaniało się ku niej często. Szatyn o lisiastej twarzy i inteligentnym błysku w miedzianych oczach, miał na imię Timothy a dla znajomych który traktowali go nie tylko jak sługę Tim. Pomimo ubioru typowego kamerdynera i sługi składającego się z czarnego kompletu marynarki i spodni trzymał w prawej ręce tacę z ozdobną karteczką na środku, zaproszeniem. Drugą miał gustownie zgiętą za sobą i stawiał w ich stronę coraz śmielsze kroki. Szatynce zaschnęło gardle wiedząc co nastąpi i słuchając cichych szeptów Larw za sobą.
-Znów to samo…
-Ib idzie na kolację z wyższych sfer i zwalania się z lekcji bezczelność!- Dziewczynka czuła się podle, jak marionetka której kazano iść na układ jakiego nie chciała. Pomimo iż zawsze wmawiała sobie że to dla rodzicieli nie mogła tego znieść, nie potrafiła się sprzedać jako twarzy firmowej całego przedsiębiorstwa. Mimo to wykonała swój firmowy uśmiech odbierając zaproszenie od postaci która okazała szacunek delikatnym skinieniem głowy. Chłopak odszedł a stanąwszy w drzwiach skłonił się wymawiając kwieciste przeprosiny za przeszkodzenie w zajęciach.
-Mój ojciec…-Zaczęła Naomi wymawiając dokładnie wszystkie głoski.-Też mógłby tak zrobić i…-Ib nie chciała dłużej słyszeć ordynarnego tonu nieprzyjaciółki. Wzrokiem zaczęła studiować kartę zaproszenia, jej palce ślizgały się po kantach kartki lekko tnąc opuszki palców, co wywołało lekkie krwawienie i pieczenie. Ból. Tego się utrzymała, na tym poprzestała z głuchym pomrukiem zadowolenia na widok koronkowego wystroju kartki. Nie za ozdobnie, ale i nie za mało ozdobnie. W sam raz, idealnie wyważone połączenie koronki, kremowej wstążeczki wiążącej całość i chroniącej jej zawartość oraz małych, papierowych kwiatków w perłowym odcieniu. Dziewczyna obróciła kartę zaproszenia w palcach i pociągnęła za brzeg jednej ze wstążek. Chwyciła drugi uwalniając treść przed swe oczy, wstążka odpadła od karty symbolizując otwarcie.  Oczy Ib chłonęły treść niczym drapieżca pochłania swą zdobycz, gorzki posmak w ustach powinien ją zniechęcić ale adrenalina w żyłach mówiła coś innego. Jej oczy przystanęły na jednym słowie trzeźwo nie analizując tekstu. Zganiła się za to w duchu, powoli zaczęła czytać jeszcze raz, rozbrajając tekst na atomy i powoli przetwarzając. Jej umysł przewinął formy grzecznościowe a zawiesił się na głównej treści zaproszenia.
Mamy przyjemność zaprosić pannę Ib Evans właścicielkę firmy Exproteks, z osobą towarzyszącą. Na otwarcie Galerii dziś wieczorem o godzinie 7:00 pm. Zwiedzanie galerii jest zaopatrzone w wystawną kolację z przedstawicielami firm partnerskich, oraz ma na celu uświęcanie ośrodków naturalnych sztuki. Dojazd zapewniony punkt o godzinie 6:30 pm przed budynkiem zamieszkania pani persony. Nowo otwarta premiera galerii sztuki reprezentuje obrazy nie dawno wchodzącego na szczyt malarza i nosi nazwę „Zwariowany świat sztuki”. Mamy szczerą nadzieję że się pani zjawi.
Ib nie kłopotała się nawet czytaniem nazwiska osoby która to podesłała, jej umysł zawiesił się na słowie „Galeria” i „wystawa”. A przetworzył tylko wieść o tym że może kogoś ze sobą zabrać, Lilę.  Nigdy tak nie cieszyła się na wiadomość o głupiej wystawnej kolacyjce, a było ich wiele. W galeriach sztuki też kilku była, ale tłok i bezczelność ludu zwiedzającego odbierała jej radość z bytu w takich miejscach. Dziś będzie inaczej, dziś wszyscy będą cicho by się pokazać przed innymi i będzie mogła napawać się sztuką w spokoju. Dziewczynka bez wahania podniosłą rękę ku górze i zwróciła tym uwagę nauczycielki.
-Pani Robbins, czy ja i Liliana mogłybyśmy się zwolnić z pozostałych zajęć z  powodu pewnych… komplikacji?-Ib zawsze czuła się źle uciekając praktycznie z zajęć ale dziś… Dziś jest inaczej!
-Oh! Oczywiście!-Nauczycielka dalej prowadziła lekcję podczas gdy obie pakowały swe rzeczy do plecaków, a Ib powstrzymywała niesamowitą chęć wepchnięcia tego wszystkiego do torby.
-Do widzenia!-Rzuciła przy drzwiach z łagodnym uśmiechem, który nie był w żadnym gramie sztuczny. Był to szczery uśmiech radości. Po drodze objaśniała Lilce wszystko co właśnie maiło miejsce…
***
-Szkoda że powiedzieli o tym tak późno!-Krzyknęła Lilka stojąc przy szafie i udając głos Natashy interpretowała złość na to że nie ma „nowych” ciuchów.- Nie zdążyłyśmy iść do galerii handlowej!-Ib zaśmiała się patrząc na przyjaciółkę z łóżka na którym siedziała. Nigdy nie była dobra w przebierankach na takie sytuacje, w przeciwieństwie do Lily która zawsze jej coś ładnego wybrała. -Spójrz!-Wyjęła jasnozieloną sukienkę na ramiączkach.-To…!To…! To… MA JUŻ TYDZIEŃ!-Ib wybuchła niekontrolowaną salwą śmiechu i otarła wyimaginowaną łzę z policzka, na co Lila wykonała teatralny ukłon i udawała że są tu inni.-Dziękuję… Dziękuję…-Strzelała aktorkę na scenie po czym sama wybuchła śmiechem.
-Jak prawdziwe!-Rzuciła Ib pomiędzy wybuchami śmiechu, a na przemian euforii na myśl o galerii.
-No.-Lila postawiła ręce po bokach swej figury.-To teraz marsz do łazienki się ogarnąć a ja.-Tu wskazała na siebie.-Wybiorę nam jakieś kreacje co ty na to?-Z uśmiechem na ustach Ib przystała na tę propozycję, zostawiając przyjaciółkę samą sunęła powolnym krokiem z pokoju mieszkalnego przez mały salon prowadzący do kuchni, wyjścia z apartamentu i toalety. Po czym skierowała się do tego ostatniego, i otwarła lekko drzwi. Łazienka jak i wszystko w tym miejscu było niezwykle nowoczesne, sama tablica obsługowa prysznica wbudowanego jak wnęka jaskini w ścianę miała jak na jej gust o sto guzików za dużo! A nie zapomnijmy o wannie…. Zawsze rozmarzała się że chciała by mieć dom jaki sobie sama wymarzy i naszkicuje, sama go… zaprojektuje. Nawet podzieliła się z Lilą tymi spostrzeżeniami gdy zawierały pakt że zamieszkają razem po ukończeniu akademika w wieku osiemnastu lat. Czyli już za nie długo… Czas tak szybko mija, a Ib pamięta jakby dopiero wczoraj zawierała z nią umowę „na paluszek”. Marzyła że łazienka w jej domu będzie przypominać starodawne pokoje kąpielowe, we wnęce jaskini. Takie przybliżone do naturalnej. Ale nie było to teraz ważne, Ib odkręciła kurek z ciepłą wodą w wannie i zaczęła wybierać między różnokolorowymi buteleczkami. Ujęła w dłonie różowy płyn do kąpieli i odkręciła wąchając zawartość, Malinowy. Nie… To nie tego szuka, jej serce mówiło że to nie to. Odłożyła zmieniając butelki aż nie trafiła na jedną o zapachu leśnych jagód z Oriflame, jakiejś limitowanej kolekcji. Tak, trzeba tylko jeszcze wybrać jakiś szampon do włosów, Ib skrycie wiedziała który i nie zdziwiła się widząc w ręku blado różową buteleczkę po którą mimowolnie sięgnęła jej ręka. Szampon o zapachu róż, cholerne róże są jak przekleństwo jednak to jeden z jej ulubionych szamponów. Westchnęła i zakręciła kurek w zapełnionej gorącą wodą wannie, zwróciła się do tablicy wystukując jedno polecenie, muzyka. Wiele wanien  w Japonii ma opcję puszczania muzyki podczas kąpieli, wybranych ukochanych utworów, tu również to występuje. Dziewczyna zdecydowała się na pierwszy utwór ze swej ukochanej listy, gdy zdjęła z siebie ubrania dzienne zanurzyła się po szyję w wodzie rozkoszując się przyjemnym uczuciem szczypania ciepła na całej skórze. Do jej uszu dotarły pierwsze dźwięki piosenki Alvaro Soler’a-Sofia. Dziewczyna oddała się błogiemu uczuciu błogości relaksacyjnej kąpieli.
***
-Skąd ty to… wzięłaś?!-Zapytała przyjaciółkę Ib w szlafroku i włosach owiniętych w ręcznik dla obeschnięcia mokrych i zmierzwionych włosów, trzymając w rękach piękną czerwoną sukienkę.
-Z szafy, czasem przydaje się to że przynoszą nam wszystko co najnowsze w sklepach.-Oznajmiła Lila przyglądając się swojej miętowej sukience. -A to dopiero sukienka moja droga.-Uśmiech Lili się poszerzył gdy spojrzała w oczy przyjaciółce, było wiadome że Lila zamęczy Ib make-upem i układaniem włosów, za czym nie przepadała jak typowa laleczka. Ale szatynkę to nie obchodziło, mało co do niej docierało gdy gładziła ręką materiał sukienki, piękny szkarłatny aksamit.-No leć przymierz.-Ib jak podekscytowany szczeniak pobiegła wykonać polecanie by po chwili niczym modelka zaprezentować się przed Lilą w całej krasie i okazałości. Lila bezsprzecznie mogła uznać że wygląda nieziemsko, ale to nie efekt jaki ją czeka! Zrobi Ib na boginię, tak aby sama Afrodyta jej zazdrościła! Sukienka idealnie przylegała do ciała Ib w okolicach piersi, a że nie miała ramiączek tylko jedno mocowanie na ramieniu okryte  złotymi, pomarańczowymi i srebrnymi nićmi tworząc ogniste róże lizane przez jęzory ognia idealnie podkreślała jej biust. Natomiast dolana jej część była piękna….Gdy Ib się kręciła wyglądała jakby płomienie ognia jej się słuchały wirując w koło niej i tworząc jej ognisty ogon. Ib była feniksem, płomieniem i ogniem w oczach Lily, na jej udzie było dość śmiałe rozcięcie w materiale odsłaniające nieco biodra nie odbierając przy tym szyku sukience.
-No.-Uściśliła Modelka.- Jest… cudowna.
-Wiem…-Lil miała rękę przy twarzy tak jakby myślała co jeszcze by tu zrobić, nagle wpadła na dość niebezpieczny pomysł, jeśli tu są ogniste róże o brnijmy w tematykę róż! Tak, Ib ją za to zamorduje ale… raz się żyje prawda?- Zdejmij to z głowy.-Wskazała na ręcznik na głowie przyjaciółki i kazała jej usiąść, zaczęła lekko skręcać jej włosy przy rozczesywaniu i wplatać w nie czerwone róże. Każąc jej zamknąć oczy zrobiła jej makijaż pokrewny barwami, na rekach i ramionach namalowała jej esy floresy złotym sprayem wyglądającym jak tatuaże z ognia.
-Otwórz oczy Ib…I pokaż im kto jest szefem tej głupiej firmy!-Zawołała radośnie Lila.
***
Ib nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła w  lustrze, nawet w limuzynie rozmyślała o tym co zobaczyła w lustrze.
-O mój boże…-Wyszeptała wpatrując się w taflę lustra gdzie stałą jakaś inna dziewczyna, bogini ognia, feniks w różach. Nie wiedziała kim jest nieznajoma, ale tam skąd pochodzi ich ubiór jej piękny a boskość jest ukazywana na każdym kroku. Skóra nieznajomej zdawała się promieniować wśród płomieni, które lizały jej sukienkę i ją.-Kim ona jest…
-To ty Ib…
-Ja?
Dalej w to nie dowierzała, było to dla niej niepojęte jak z takiego brzydkiego kaczątka jak ona Lila stworzyła bóstwo.
-Kobieto co ty masz w tej torebce!-Wyrwało ją z zamyślenia.
-Pocky*-Odparła spokojnie Ib
-Po co ci… heh przygotowana na małe porcje jedzenia?-Ib się zaśmiała.
-Taaa… Jakby co to wypcham się Japońską rodzinną, ukochaną słodyczą i przeżyję.
-Masz się podzielić jakby co… Rozumiesz?
-Aye.
-Już prawie jesteśmy! Nie cieszysz się Ib!-Oznajmiła podekscytowana blondynka gdy Limuzyna stawała na parkingu jak najbliżej galerii.
-Cieszę Lil, oczywiście że się cieszę…-Oznajmiła wychodząc z Auta, jednak… radość nie trwała długo gdy zobaczyła budynek owej galerii… Feralnej galerii. Zrobiło jej się słabo i czuła się zmęczona, jak biegacz po długim biegu który wykończył go mentalnie i psychicznie.-Nie
-Ib wszystko dobrze?-Zapytała Lila łapiąc ją by się nie wywróciła.
-Nie. Nie jest dobrze Lil…-Ib spojrzała Prosto w oczy przyjaciółce.- Wracam do galerii z dzieciństwa…-Zanim Lili pojęła sens tych słów Ib była już w drodze do środka. Tym razem się nie da, wygra z tym co ją tu czeka…
*Pocky-Japońskie słodycze, ciasteczko podobne paluszki oblane czekoladą bądź danym kremem smakowym. Pocky jest nazwą również w Japonii używaną do innych rodzajów jedzenia, jednak autorce chodzi konkretnie o te słodycze.

~Alive~

„It’s hiding in the dark
It’s teeth are razor sharp
There´s no escape for me
It want’s my soul it want’s my heart”

Kolorowe kredki w koło dziecięcych malowideł rozrzucone były na podłodze w ciemnym pokoju, rysunki przedstawiały radość oraz jej ubytek osnuty linią kłamstw innych. Gdzie nie gdzie walały się przyjazne istotki które w nagłym pędzie zerwały się z okowów ram i podbiegły radośnie do stóp dziewczynki ze złotym włosiem która odziana była w zieleń. Siedziała układając włosy jednej z koszmarnych lalek dręczących w swym życiu nie tylko wyglądem ale i uporem przy swej racji.  Czarne słomowate włosy splątywała w dwa ozdobnie kucyki po bokach, tu i tam spinając kolorowymi kokardkami. Na tę scenę patrzyła dama z obrazu w swej czerwonej niczym krew sukni wieczorowej opierając się o stertę różnorodnych książek. Praktycznie z uśmiechem czkając aż blondynka przejdzie do czesana jej prostych jak struna, a malowanych kasztanową barwą włosów. Mary nuciła pod nosem jedna  ze swych wyimaginowanych przez umysł melodii oprawiając ją w zdradziecki tekst. Na jej rękach, nogach czy sukni nie było ślady nadpaleń ze strony ognia który strawił jej obraz, czy… miał strawić. Wszystko było złudą, przecież… obrazy widziały jak ich mistrz Guertena jej malował, a Mary… Cóż. Ten obraz był dla niego dziełem życia, dla niej użył nawet jakiejś dziwnej farby, wyjątkowej i innej niż wszystkie. Dziewczynka zwykła nazywać go swym ojcem, bo chyba tak nazywamy tego co nam życie dał, prawda? Obrazy i figury mające dłonie chwyciły ubogi malarski asortyment dziewczęcia i odrestaurowały w porę ugaszony obraz, odnawiając tym samym, zamazując rany zadane przez płomienie. Zamazując czarne policzki, nadpaloną suknię i sczerniałe paznokcie u rąk i nóg. Jednak nie zmazały zmazy na duszy którą nosiła w sobie cały czas, dusząc się w monotonii samotności swego i ich towarzystwa. Zanim całkowicie jej umysł zatracił się psychicznie w obłąkanie odkryła sposób na zemstę, podróż na drugą stronę, pokazanie siebie w każdej lustrzanej powierzchni, czy to szkło czy woda. I sny, och gorzkie koszmary senne którymi obdarowywała swych oprawców. Przecież szyby nałożone na obrazy, lustra i okna sporadycznie pojawiające się w tej fikuśniej galerii odbijają tamten świat. Wystarczy do zimnej tafli dłoń przyłożyć i pomyśleć gdzie chcesz się udać po czym to się dzieje. Tamtego dnia gdy po raz pierwszy nawiedziła swą byłą przyjaciółkę Ib w jej internacie zobaczyła ją. Uśmiechnięta kopia jej samej z wieloma przeróbkami tu i ówdzie i nie mowa o ubiorze, ten dobrotliwy błysk w oku… co ma ta dziewczyna czego nie ma Mary? Tak powinna myśleć jednak rozgoryczenie trwało krótko gdyż persona wydała jej się …. znajoma, pomimo że w życiu jej nie widziała. Ogarnęła ją szaleńcza euforia jakby odzyskała kawałek siebie, coś… co kiedyś utraciła. Od tamtej chwili do Mary zaczęły docierać dziwne impulsy i kłęby uczuć, oraz odczuć znanych tylko z nocnych lektur. Odzyskała TO, odzyskała…. człowieczeństwo. Rozżalona zobaczyła w głowie wypadek rodziców Ib, ogarnął ją żal i głęboka nie zrozumiała rozpacz, a powinna się cieszyć prawda? Przecież ona nie ma rodziców to czemu by Ib miała ich mieć! Niech będzie sprawiedliwie! Jednak… jakoś nie podobała jej się myśl o smutku szatynki, pomimo że ją tak skrzywdziła… Nie rozumiejąc tych odczuć i dopiero ucząc się jak być człowiekiem a nie obrazem z wizji, zachowała się wobec Ib okropnie. Okropnie… Czyli to taka była, szkoda że dotarło to do niej tak późno… Złotowłosa odprawiła swych przyjaciół pod pretekstem przyniesienia jej jakiejś słodyczy, rozpieszczano ją wśród wyimaginowanych malowideł… cóż za rozkosz, będąc jedną z nie wielu realnych stworzeń w tej krainie czarów.
-Jestem potworem… i to się nie zmieni…. Bo uznają mnie za potwora…-Po jej policzku popłynęły perliste krople smutku i rozpaczy nad własną osobą…I w tedy Mary po raz pierwszy w życiu zapłakała…

~Diary~

„From the sins I feel
Crawling on my back
You can’t save a soul
That you lack.”

Każdy ma sekrety skryte w głąb serca, każdy ma coś czego nie pokaże nikomu. Cząstkę siebie ukrytą w piśmie lub przedmiocie. Może mieć imię wyryte w sobie, krwawy symbol śmierci lub… po prostu być. Nawet jeśli jest nikły jak muszelka z nad morza, czy kamyk z koryta wąskiej rzeczki leśnej którą przemierzałeś z przyjacielem w dzieciństwie. Dla Garrego była tym zwykła, prosta haftowana chustka z jednym czerwonym akcentem. Napisanym krwawą nicią „Ib”. Mężczyzna mocno ścisnął ją w ręku w drugiej trzymając nadpalony papieros. Przegrana walka, nadal był w nałogu pomimo że wmawiał sobie by go rzucić. Po co? Dla kogo? Dla siebie? Na co? Tyle pytań i tyle brakujących odpowiedzi. Gdzie jest Ib? Najgorsze z nich odcisnęło piętno na umyśle upośledzając go na punkcie troski o to, co teraz dziewczynka robi… Dziewczynka? Już pewnie raczej… dziewczyna. Szarawy pyłek wydobył ostatnie tchnienie z uzależniacza a niedopałek trafił do popielniczki która zakończyła jego żywot. Fioletowowłosy oparł się całym ciałem o ścianę domu, tuż obok framugi drzwi które prowadziły do jego wnętrza. Znużonym wzrokiem przyglądał się monotonnemu blaskowi lamp, oraz migającym światełkom aut na ulicach miasta, nocne i denne życie. Miasto tętniące życiem podczas gdy on zagubiony był w rozmyślaniach, tu nigdy nie było spokoju, choć… czy kiedykolwiek był? Nie zauważył jak mocno ścisnął chustkę i miętosił ją w dłoni, jedwabny materiał uległ zgnieceniu a on przesuwał palcem po imieniu Ib, jak niewidomy uczący się dotykiem czegoś na pamięć. Znał ten napis, zawsze go dotykał gdy rozmyślał, zawsze jego palce kierowały się ich szlakiem, bez pomyłki. Po wejściu do pomieszczenia przysiadł przy stole sięgając po dość charakterystyczny ciemno zielony zeszyt który służył za imitację dziennika. Wyłowił go z gmatwaniny papierów i szpargałów głównie malarskich, jak pojedyncze ubrudzone farbą pędzle czy tubki z ową substancją. Pisanie notatnika było dla niego monotonną codziennością, rytuałem który musiał odbyć każdego dnia by nie zwariować. Nie miał do tego talentu, to były zwykłe notatki z kolejnego przebytego dnia, wszystko co robił od rana do wieczora. Jednak to go uspokajało, dawało mu jakieś nie znane poczucie bezpieczeństwa. Chwycił za dobrze znane metalowe pióro firmy „Parker” i zaczął kreślić kolejną historię swego żywota na pustej kartce papieru.  Nie zwrócił uwagi na uśmiechającą się złowrogo z lustra pannę skąpaną w jęzorach ognia która dmuchnęła na szklaną posadzkę od swej strony i palcem, nieco dziecinnym pismem napisała „Leave Ib Alone…”
***
Od czasu pogrzebu Ib otwarła się tylko przed Lily i jedną z milszych przedstawicielek placówki oświaty edukacji, jednak zawsze Lily wiedziała więcej, wiedziała o wszystkim co mówiła Ib. Tylko jej, swej powierniczce sekretów, najlepszej przyjaciółce. Ta świadomość ją przytłaczała gdy widziała uśmiechającą się do niej istotkę skąpaną w pół mroku która radośnie uniosła w jej stronę dłoń i odparła.
-Graj Lila.-Po ich nietypowych igraszkach z upięciem włosów na głowie w dość fikuśny sposób, piętnastolatka miała dwa kucyki wystające z obu stron głowinki. Ubrana była w dość naturalny, lekko niepodobny do dawnego stylu komplet. Czerwoną spódniczkę z białą podszewką zastąpiła krótkimi spodenkami o jeansowej maści z białymi nićmi na specjalnie wytworzonych dziurach. Czarne podkolanówki zostawiła, jednak nieco zmniejszyła ich długość i maść w czarno białe paski. Koszulę z czerwoną wstążką na szyi zmieniła na biały top z czerwonymi wykończeniami. Wyglądała tak naturalnie, jakby czuła się jak w domu. Pokazywała inną siebie, taką…. po prostu jakby Lily była częścią jej własnej rodziny a nie obcą personą którą zna od  zaledwie czterech lat. Nie przeszkadzało jej nawet to że Lila musiała grę na skrzypcach trenować w godzinach wieczornych, dla lepszego rezultatu na egzaminie, a wręcz przeciwnie. Zachęcała ją do tego, zachęcała do ćwiczeń i gry. Więc Lila grała przechodząc łagodnie ze struny na strunę wydobywając cichą pieśń instrumentu, przechodząc z melodii na melodię i pływając w cichej euforii ukochanej czynności. Czuła że właśnie to jest jej przeznaczeniem, to a nie durna finansieria którą przeznaczyli jej opiekunowie. Może studiować ekonomię, byleby zostawili jej tę cząstkę duszy zamkniętą w pudle rezonansowym. Pokój nigdy jeszcze nie wydał jej się tak idealny, tak wdzięczny i kanoniczny w odgłosach odbijającego się echa. Dźwiękoszczelny dla istot z zewnątrz na potrzeby indywidualne każdego ucznia. Gdy jej zręczne palce przeszły w nowy takt dość znanej melodii „A thousend Years” w eterze rozległ się dodatkowy pożądany dźwięk. Śpiew z początku cichy i nie wyraźny jednak po chwili mocny i stanowczy, przepełniony pasją i idealne współgrający z melodią skrzypiec.
Heart beats fast colors and promises
How to be brave how can I love when I’m afraid to fall
But watching you stand alone
All of my doubt suddenly goes away somehow
One step closer
I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more

Time stands still beauty in all she is
I will be brave I will not let anything take away
What’s standing in front of me
Every breath every hour has come to this
One step closer

I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more

And all along I believed I would find you
Time has brought your heart to me
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more

One step closer
One step closer

I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more

And all along I believed I would find you
Time has brought your heart to me
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more



Dziewczyna dopiero po skończeniu pieśni zrozumiała co robi i się lekko zarumieniała.
-Przepraszam Lil… graj dalej.-Nie umiała powiedzieć szatynce że nie ponieważ ona nie śpiewa. Zawsze gdy ta to bowiem robi melodia wychodzi jej niemal idealnie i nie przejmuje się małymi potknięciami.
-Nie… starczy na dziś.-Oznajmiła blondynka odkładając instrument do futerału.
***
4 lata, 4 godziny 23 minuty od podanej
daty katastrofy samolotu. 
Wpis 15 w nowym dzienniku
Cały czas o tym myślę… Gdy słonecznej łuny blask nad horyzontem nieboskłonu owiał ich martwe w głębi ciała wiecznym całunem spokoju i nadziej zabierając memu sercu pokój ducha. Co czuli gdy wiedzieli że nadszedł ich czas i niecierpliwy Tanatos zbierał żniwo obfite ich dusz? Gdy ich powłoki cielesne rozrywane przez atmosferę i ranione powietrzem jęzorami ognia upadającego w dół samolotu, gdy ich dusze ulatywały z ciała prosto do upragnionego rajskiego elizjum? Nie wiem… jednak istny Mefistofeles wyrwał część mego serca i zgniótł w swej mrocznej dłoni pełnej mroku i cierpienia zatruwając słodkie odmęty duszy mojej. Nie ma dnia bym nie uchyliła rąbka myśli ku nim, dla spokoju liczę puls jak poradziła mi psycholożka biegła w swej profesji. Raz.. dwa… trzy… Działa albo… nie. Jednak pewien paskudny nawyk widoczny nawet w tym miejscu, otóż… liczę. Liczę dni, lata i godziny od ich upadku którego doświadczyli niczym Ikar z nieba. Jednak nie tylko oni mącą me odczucia, Lily… co dzień martwię się o złotowłosą duszyczkę którą nieco zaborczo mogę nazwać własną siostrą. Jest dla mnie jak ten ornament który wywabił mnie z tonącej głębi mroku gdy zatracałam się w sobie smutkiem raniąc boleśnie słowami i myślami ostrzejszymi niż żyletka. O to że dzieli mój los widząc tę zmorę piekielną, córkę szatana która wyciąga w naszym kierunku kwiat zguby. Odebrała mi wszystko… ale Liliany jej nie oddam! Lil jest moja, jest moją ostoją tym co mnie trzyma. Gdyby był tu jeszcze Garry…. I teraz wchodząc w temat tabu ostrzegam na swe imię i nazwisko, że tęsknię. Gdyby nie Lily zapadłabym się w nicość i stoczyła na dno w najgorszy możliwy sposób. Ale co by było wcześniej gdyby Garry mnie opuścił? Skazana na wieczną samotnię umarłabym ze smuty i zawiści do siebie. Teraz ukryta pod kolorowym całunem sztucznej siebie i radości tylko dla Lil i pamięci o Garrym. Czasem katuję się że brzmi to jakbym mówiła o umarłej istocie, ale to nie prawda! Czasem czuję w ustkach słodki smak cukierka którego dostałam od niego w tej piekielnej galerii szaleństwa. Chcę usilnie się wyrwać by z nim spotkać, choć… chwilkę porozmawiać… Kończę. Wołają na gaszenie świateł, czas spać. Jednak wątpię czy z tym stalkerem z lustra na muszce uronię choć jeden sen w stronę Morfeusza. Dobranoc. Koniec wpisu….

~Funreal~



„Now that I know what I’m without
You can’t just leave me
Breathe into me and make me real
Bring me to life „

Ostra woń czerwonej róży wpiętej we włosy trzymała jedynie Ib na nogach, ponieważ jej serce oraz ciało pragnęło spocząć obok rodziców w ciemnym grobie. Czarna sukna żałobna wpinała się w pierś w żmudnym dopasowaniu, a gryząca koronka na ramionach wiele się dała we znaki. Brązowe włosy opadały bezwładnie na ramiona kaskadą wodospadu a blada od smutku i odwodnienia dłoń ściskała rękę przyjaciółki. Nic nie jadła, nic nie piła. Już… trzy dni nosi żałobę w sercu szukając łatwego sposobu by ułożyć się tuż obok nich w kamiennym grobowcu. Popielaty tren sukni został mięty wiatrem w tył gdy pastor odprawiał w ciszy ostatnie pożegnanie. Ib umierała…. od środka. Mizerniała i nikła w oczach trzymając się jedynie dla nich, jedynie dla Lily czy… choćby wspomnień szczęśliwych dni które nie powrócą. Chciała znów jak dziecię zwinąć się w kulkę i płakać aż nie znajdzie jej Garry nie pocieszy. Garry…. „Gdzie go zabrałeś wielki świecie? Czy nawet jego mi odebrałeś?!” Krzyczała w duchu wyklinając wszystkie światy. Musiała jednak trzymać twarde spojrzenie, musiała grać na zwłokę. Przywdziać maskę realizmu i powagi choć… w sercu była jak kanarek uwięziony w klatce. Bez szansy na przyszłość. W koło  niej tłumne tłumy ludzi, zarówno znanych jak i nie. Bankowców, wspólników, dalekiej rodziny…. Wszystko przypisano jej i siostrze jej matki. Bezdzietnej ciotce o rysach typowej Azjatki, Eto Tsang. Eto miała się opiekować firmą jako współwłaściciel dopóki Ib nie osiągnie wieku szesnastu lat, wtedy wejdzie na stanowisko szefa korporacji. Jednak już sama szkoła miała jej wyolbrzymić zasady biznesu, i tego jak ową firmą zarządzać. Ib kochała Eto która … bardziej przypominała jej starszą siostrę niż ciotkę. Jednak teraz nawet o tym nie mogła myśleć w pozytywach. Nie tu. Na cmentarzu St. Mirea nie tak daleko jej starego domu. Nie w miejscu obdarzonym przez matkę Gaję tak bujnie w roślinność i zieleń. Gdzie wiatr kołysał jej brązowe włosy w rytm swej cichej melodii, a róży odbierał jej zwykły karmin nadając go jej licom. Patrzyła nieprzytomnym wzrokiem jak jej serce idzie na dno wraz z mahoniową trumną. Jak umiera jej niewinność, Mary… Skąd ta wiedźma rodem z krainy bohomazów wiedziała o śmierci jej rodzicieli? Czyżby… maczała w tym swe malowane łapki? Czy rozdeptała jej kwiat… niewinności jak to czyniła w koszmarach sennych? Wyrwała wszystkie płatki i podeptała brutalnie?! Wyrzucając ze śmiechem jak kolejną zepsutą zabawkę do Toy Box’u? Tak. Ale tamta Ib nie żyje… Zginęła w samolocie razem z matką i ojcem, by teraz odrodzić się niczym Feniks z popiołów i ulecieć w przestworza by rozpocząć wszystko od nowa. W jej główce niczym echo rozniosły się słowa Mary na co parsknęła w duchu i cichym praktycznie nie słyszalnym głosem odrzekła w przestrzeń.
-Miałaś rację złotowłosa różo… Nie mam rodziców… Ale nadal mam coś czego ty nie posiadasz…. mam serce i przyjaźń innych…..
***
Szybkie kroki nie ocaliły Garrego przed spóźnieniem na tak huczne i nadzwyczajne wydarzenie jak pogrzeb państwa Evans. Zaspał co było i wyłącznie jego zasługą, zaspał ponieważ siedział upojony do nocy nad portretem twarzyczki z minionych lat. Twarzyczki istotki którą powinien teraz pocieszać. Powinien stać przy Ib oddając należytą cześć rodzicielom dziewczynki mając w pamięci czas gdy oni akceptowali ich przyjaźń pomimo że wyglądała nienaturalnie. Za dobre serce jej matki, złotoustej Myrny Tsang Evans, którą wszyscy znali i kochali. Tak. Ib w szczególności wdała się w jej personę ze swym krystalicznie czystym krwawym serduszkiem pomimo iż myślała że tak nie jest. Ale to mogło się odbyć jedynie w jego wyobrażeniach gdy biegł ulicami prostą drogą na cmentarz roztrzepując prowizorycznie ułożone fiołkowe włosy na głowie. Nieodłączny płaszcz tym razem wyprany i elegancko ułożony również stracił na swym uroku w tej wietrznej matni co nie wywarło większego wrażenie na pośpiesznym w owej chwili właścicielu.
***
-Cholera.-Zaklął cicho pod nosem gdy dotarł na miejsce zobaczywszy ogrom ludzi wylewający się z cmentarza. Anie cienia szansy by podejść bliżej w krąg najbliższych istot świętej pamięci, ani szansy by podejść i złożyć u stóp kamienia malowniczy bukiet ściskany w ręce. Cierń róży wbił się delikatnie w dłoń mężczyzny wykonując krwawo czerwone nacięcie na skórze jego dłoni. On jednak nawet tego nie zauważył zajęty obwinianiem się o zaistniałą sytuację. Jednak wyczuwszy wszechobecną atmosferę zaczął ganić się jeszcze mocniej za ludzką samolubność. Za to że  myśli o sobie podczas gdy ludzie w koło niego cierpią i ronią słone potoki łez, podczas gdy Ib… zapewne zamyka się w sobie umierając od środka. Co by dał by jak za dawnych dni przytulić dziewczynkę do siebie i pozwolić się wypłakać, wyżalić. Jak na przyjaciela przystało. Czuł się podle że go przez ten czas przy niej nie było, czuł się źle że oddalili się tak od siebie a ich przyjaźń zostawiona została na tak wiele prób. Stał na końcu kolejki ludzi by choć… spróbować zbliżyć się do istotki przy składaniu kondolencji, choć szanse na to przy takiej ilości istot ludzkich były…. nikłe.
***
Lily czuła że nie pasuje do grona żałobników którzy posyłali Ib sztuczne uśmiechy i fałszywe kondolencje. Choć znaleźli się i ci szczerzy, ginęli w morzu kłamstwa i zawiści pojedynczych jednostek. Wszechobecna smuta wysysała radość i uczucia z powietrza mieszając się z bezbarwną smugą szarego nieba. Blondynka płakała szczerze nad ludźmi których nawet nie znała, ale jeśli zdołali wychować kogoś tak wspaniałego jak Ib… musieli być kimś wspaniałym. Jednak irytowało ją uczucie samotności jakie przeżywała w tej chwili Ib. Kondolencje przyjmowała ze sztucznym opanowaniem w kręgu ciszy opierając się o Lily jak o ścianę. „Smutek… zmienia ludzi Lil. Ib nie zostawi cię samej jak inni…. prawda?” ta samolubna myśl przeszyła jej głowę. Nie. Ona taka nie jest. Nigdy nie potrafiła być oschła i chować uczuć, nawet teraz odsłaniała przed światem zapłakane lico w nadziei że ktoś ją zrozumie. Ib była dla niej przez ten rok opoką, jak siostra, najlepsza przyjaciółka i powierniczka sekretów.
-Lil chodźmy stąd…. -Usłyszałam jej cichy szept pośród gwaru rozmów czekających w kolejce. Dziewczyna zbladła i lekko zadrżała jakby jej skóra dopiero w owej chwili zaczęła odczuwać zimno tego dnia. Lily przejechała dłonią po złocistym koku odsuwając małe niesforne włosy które z niego wyszły na wolność na boczny tor. Objęła przyjaciółkę pod ramię i zapytała.
-Na pewno Ib?- Dziewczynka nieobecnym wzrokiem zerwała z bukietu położonego przez jej ciotkę złocistą różę i zgniotła ją boleśnie w palcach. Lila zerknęła kantem oka na skromny bukiecik różowawych i czerwonych róż owitych w żałobną tasiemkę którą kupiła ze swego kieszonkowego. Nie chciała prosić bogatych opiekunów o dorodny i bujny bukiet wyrażający nic innego jak puste słowa owiane w mgłę kłamstw. Wolała dać coś swego, coś prawdziwego ze swej kieszeni a nie pokazać że jest… bogata. Nigdy o to nie prosiła zważywszy na znaną oschłość tej części społeczeństwa. Szatynka pokiwała energicznie główką wprowadzając tren sukni jak i całość w ruch.
-Proszę….-Cały smutek w tym wyrazie wlał się  w serduszko blondynki ukazując w jak słabym stanie psychicznym się znajduje jej przyjaciółka. Doskonale znała ten stan i doskonale wiedziała co zrobi Ib zaraz po powrocie. Zacznie malować, albo… zapisze szczegółową i staranną notkę w intymnym świecie kart pamiętnika. Odda smutek w której kolwiek z tych artystycznych odwołań i przeleje na nie uczucia które po skropleniu dają łzy. Ib prawie nigdy nie płakała czym imponowała Lilianie. Uważała że jej Azjatycka część rodziny ma rację. „Płacz to słabość, więc nie nauczono mnie płakać”. Nigdy nie rozwijała tego tematu, nigdy nie wyjaśniała tych słów i nigdy… nie uroniła łzy przy przyjaciółce. Lily wiedziała że wstydzi się płakać przy innych, nawet przy niej. Że płacze gdy jest sama albo gdy zamknie się w toalecie akademika.
-Przepraszamy państwa!-Zaczęła niepewnie Lily jednak jej głos choć cichy, dziwnym trafem rozbrzmiał wśród drzew i nagrobków powodując ciszę natychmiastową, wręcz grobową.-Moja droga przyjaciółka Ib… nie czuje się dobrze.- Po powiedzeniu tego ugryzła się w język. Powinna inaczej sformułować zdanie na korzyść Ib a nie jej szkodę. – Na dodatek… już za chwilę zaczyna się stypa na cześć zmarłych więc… bardzo, ale to bardzo przepraszam w jej imieniu.- Ib patrzyła nieobecnym wzrokiem na swe czarne baletki szepcząc coś w ciszy, powoli ruszyła w kierunku wyjścia z cmentarza razem z Lily przechodząc przez tunel rozstępujących się gości. Lily szła z nią stanowiąc oparcie by wyczerpana trudami tego dnia istotka nie upadła. Dość się już nacierpiała tego dnia i zbyt dużo czasu spędziła w lęgowisku pesymizmu. Złotowłosa przytuliła dziewczynkę tuż przy limuzynie która miała odwieść je do restauracji na owy obiad, a szatynka oddała ten akt przyjaźni mówiąc.
-Lily proszę… chociaż ty mnie nie zostawiaj…- Złotowłosa otarła szybkim ruchem łzę z pod oka nim rozmazała warstwę hebanowego tuszu do rzęs.
-Nie zostawię przyjaciółeczko. Obiecuję… różyczko.-Rzuciła żartobliwie by wywołać sekundowy wyraz uśmiechu na jej twarzy po czym wsiadły do pojazdu.
***
Przez chwilę stał nieruchomo wpatrując się z drugiego końca cmentarza w nikły zarys znikającego na horyzoncie  pojazdu. Ib… i Mary. Mary….Mary. I Ib….Ib… razem. Czy nawet w takiej chwili nawiedzają go nikłe i ponure fatamorgany z okruchami przeszłości?! Przecież to nie możliwe by malownicza złotowłosa istotka dalej stąpała po świecie z taką werwą! Czy jego zroszony smutkiem i złością na siebie umysł podsuwa mu takie banalne kłamstewka? Nie… to nie realne by złotowłosa bez problemu przytuliła istotkę jaką była szatynka. Garry przymknął oczy i otwierał jej kilka razy by się upewnić że to tylko zwidy.
-Chyba się jednak nie wysypiam…-Stwierdził dalej czekając wśród ludzi by podejść do grobu. Nie dane było mu jednak dziś spotkać Ib co nie poprawiło jego samopoczucia.