poniedziałek, 16 stycznia 2017

~Alive~

„It’s hiding in the dark
It’s teeth are razor sharp
There´s no escape for me
It want’s my soul it want’s my heart”

Kolorowe kredki w koło dziecięcych malowideł rozrzucone były na podłodze w ciemnym pokoju, rysunki przedstawiały radość oraz jej ubytek osnuty linią kłamstw innych. Gdzie nie gdzie walały się przyjazne istotki które w nagłym pędzie zerwały się z okowów ram i podbiegły radośnie do stóp dziewczynki ze złotym włosiem która odziana była w zieleń. Siedziała układając włosy jednej z koszmarnych lalek dręczących w swym życiu nie tylko wyglądem ale i uporem przy swej racji.  Czarne słomowate włosy splątywała w dwa ozdobnie kucyki po bokach, tu i tam spinając kolorowymi kokardkami. Na tę scenę patrzyła dama z obrazu w swej czerwonej niczym krew sukni wieczorowej opierając się o stertę różnorodnych książek. Praktycznie z uśmiechem czkając aż blondynka przejdzie do czesana jej prostych jak struna, a malowanych kasztanową barwą włosów. Mary nuciła pod nosem jedna  ze swych wyimaginowanych przez umysł melodii oprawiając ją w zdradziecki tekst. Na jej rękach, nogach czy sukni nie było ślady nadpaleń ze strony ognia który strawił jej obraz, czy… miał strawić. Wszystko było złudą, przecież… obrazy widziały jak ich mistrz Guertena jej malował, a Mary… Cóż. Ten obraz był dla niego dziełem życia, dla niej użył nawet jakiejś dziwnej farby, wyjątkowej i innej niż wszystkie. Dziewczynka zwykła nazywać go swym ojcem, bo chyba tak nazywamy tego co nam życie dał, prawda? Obrazy i figury mające dłonie chwyciły ubogi malarski asortyment dziewczęcia i odrestaurowały w porę ugaszony obraz, odnawiając tym samym, zamazując rany zadane przez płomienie. Zamazując czarne policzki, nadpaloną suknię i sczerniałe paznokcie u rąk i nóg. Jednak nie zmazały zmazy na duszy którą nosiła w sobie cały czas, dusząc się w monotonii samotności swego i ich towarzystwa. Zanim całkowicie jej umysł zatracił się psychicznie w obłąkanie odkryła sposób na zemstę, podróż na drugą stronę, pokazanie siebie w każdej lustrzanej powierzchni, czy to szkło czy woda. I sny, och gorzkie koszmary senne którymi obdarowywała swych oprawców. Przecież szyby nałożone na obrazy, lustra i okna sporadycznie pojawiające się w tej fikuśniej galerii odbijają tamten świat. Wystarczy do zimnej tafli dłoń przyłożyć i pomyśleć gdzie chcesz się udać po czym to się dzieje. Tamtego dnia gdy po raz pierwszy nawiedziła swą byłą przyjaciółkę Ib w jej internacie zobaczyła ją. Uśmiechnięta kopia jej samej z wieloma przeróbkami tu i ówdzie i nie mowa o ubiorze, ten dobrotliwy błysk w oku… co ma ta dziewczyna czego nie ma Mary? Tak powinna myśleć jednak rozgoryczenie trwało krótko gdyż persona wydała jej się …. znajoma, pomimo że w życiu jej nie widziała. Ogarnęła ją szaleńcza euforia jakby odzyskała kawałek siebie, coś… co kiedyś utraciła. Od tamtej chwili do Mary zaczęły docierać dziwne impulsy i kłęby uczuć, oraz odczuć znanych tylko z nocnych lektur. Odzyskała TO, odzyskała…. człowieczeństwo. Rozżalona zobaczyła w głowie wypadek rodziców Ib, ogarnął ją żal i głęboka nie zrozumiała rozpacz, a powinna się cieszyć prawda? Przecież ona nie ma rodziców to czemu by Ib miała ich mieć! Niech będzie sprawiedliwie! Jednak… jakoś nie podobała jej się myśl o smutku szatynki, pomimo że ją tak skrzywdziła… Nie rozumiejąc tych odczuć i dopiero ucząc się jak być człowiekiem a nie obrazem z wizji, zachowała się wobec Ib okropnie. Okropnie… Czyli to taka była, szkoda że dotarło to do niej tak późno… Złotowłosa odprawiła swych przyjaciół pod pretekstem przyniesienia jej jakiejś słodyczy, rozpieszczano ją wśród wyimaginowanych malowideł… cóż za rozkosz, będąc jedną z nie wielu realnych stworzeń w tej krainie czarów.
-Jestem potworem… i to się nie zmieni…. Bo uznają mnie za potwora…-Po jej policzku popłynęły perliste krople smutku i rozpaczy nad własną osobą…I w tedy Mary po raz pierwszy w życiu zapłakała…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz