„From the sins I feel
Crawling on my back
You can’t save a soul
That you lack.”
Każdy ma sekrety skryte w głąb serca, każdy ma coś czego nie pokaże nikomu. Cząstkę siebie ukrytą w piśmie lub przedmiocie. Może mieć imię wyryte w sobie, krwawy symbol śmierci lub… po prostu być. Nawet jeśli jest nikły jak muszelka z nad morza, czy kamyk z koryta wąskiej rzeczki leśnej którą przemierzałeś z przyjacielem w dzieciństwie. Dla Garrego była tym zwykła, prosta haftowana chustka z jednym czerwonym akcentem. Napisanym krwawą nicią „Ib”. Mężczyzna mocno ścisnął ją w ręku w drugiej trzymając nadpalony papieros. Przegrana walka, nadal był w nałogu pomimo że wmawiał sobie by go rzucić. Po co? Dla kogo? Dla siebie? Na co? Tyle pytań i tyle brakujących odpowiedzi. Gdzie jest Ib? Najgorsze z nich odcisnęło piętno na umyśle upośledzając go na punkcie troski o to, co teraz dziewczynka robi… Dziewczynka? Już pewnie raczej… dziewczyna. Szarawy pyłek wydobył ostatnie tchnienie z uzależniacza a niedopałek trafił do popielniczki która zakończyła jego żywot. Fioletowowłosy oparł się całym ciałem o ścianę domu, tuż obok framugi drzwi które prowadziły do jego wnętrza. Znużonym wzrokiem przyglądał się monotonnemu blaskowi lamp, oraz migającym światełkom aut na ulicach miasta, nocne i denne życie. Miasto tętniące życiem podczas gdy on zagubiony był w rozmyślaniach, tu nigdy nie było spokoju, choć… czy kiedykolwiek był? Nie zauważył jak mocno ścisnął chustkę i miętosił ją w dłoni, jedwabny materiał uległ zgnieceniu a on przesuwał palcem po imieniu Ib, jak niewidomy uczący się dotykiem czegoś na pamięć. Znał ten napis, zawsze go dotykał gdy rozmyślał, zawsze jego palce kierowały się ich szlakiem, bez pomyłki. Po wejściu do pomieszczenia przysiadł przy stole sięgając po dość charakterystyczny ciemno zielony zeszyt który służył za imitację dziennika. Wyłowił go z gmatwaniny papierów i szpargałów głównie malarskich, jak pojedyncze ubrudzone farbą pędzle czy tubki z ową substancją. Pisanie notatnika było dla niego monotonną codziennością, rytuałem który musiał odbyć każdego dnia by nie zwariować. Nie miał do tego talentu, to były zwykłe notatki z kolejnego przebytego dnia, wszystko co robił od rana do wieczora. Jednak to go uspokajało, dawało mu jakieś nie znane poczucie bezpieczeństwa. Chwycił za dobrze znane metalowe pióro firmy „Parker” i zaczął kreślić kolejną historię swego żywota na pustej kartce papieru. Nie zwrócił uwagi na uśmiechającą się złowrogo z lustra pannę skąpaną w jęzorach ognia która dmuchnęła na szklaną posadzkę od swej strony i palcem, nieco dziecinnym pismem napisała „Leave Ib Alone…”
***
Od czasu pogrzebu Ib otwarła się tylko przed Lily i jedną z milszych przedstawicielek placówki oświaty edukacji, jednak zawsze Lily wiedziała więcej, wiedziała o wszystkim co mówiła Ib. Tylko jej, swej powierniczce sekretów, najlepszej przyjaciółce. Ta świadomość ją przytłaczała gdy widziała uśmiechającą się do niej istotkę skąpaną w pół mroku która radośnie uniosła w jej stronę dłoń i odparła.
-Graj Lila.-Po ich nietypowych igraszkach z upięciem włosów na głowie w dość fikuśny sposób, piętnastolatka miała dwa kucyki wystające z obu stron głowinki. Ubrana była w dość naturalny, lekko niepodobny do dawnego stylu komplet. Czerwoną spódniczkę z białą podszewką zastąpiła krótkimi spodenkami o jeansowej maści z białymi nićmi na specjalnie wytworzonych dziurach. Czarne podkolanówki zostawiła, jednak nieco zmniejszyła ich długość i maść w czarno białe paski. Koszulę z czerwoną wstążką na szyi zmieniła na biały top z czerwonymi wykończeniami. Wyglądała tak naturalnie, jakby czuła się jak w domu. Pokazywała inną siebie, taką…. po prostu jakby Lily była częścią jej własnej rodziny a nie obcą personą którą zna od zaledwie czterech lat. Nie przeszkadzało jej nawet to że Lila musiała grę na skrzypcach trenować w godzinach wieczornych, dla lepszego rezultatu na egzaminie, a wręcz przeciwnie. Zachęcała ją do tego, zachęcała do ćwiczeń i gry. Więc Lila grała przechodząc łagodnie ze struny na strunę wydobywając cichą pieśń instrumentu, przechodząc z melodii na melodię i pływając w cichej euforii ukochanej czynności. Czuła że właśnie to jest jej przeznaczeniem, to a nie durna finansieria którą przeznaczyli jej opiekunowie. Może studiować ekonomię, byleby zostawili jej tę cząstkę duszy zamkniętą w pudle rezonansowym. Pokój nigdy jeszcze nie wydał jej się tak idealny, tak wdzięczny i kanoniczny w odgłosach odbijającego się echa. Dźwiękoszczelny dla istot z zewnątrz na potrzeby indywidualne każdego ucznia. Gdy jej zręczne palce przeszły w nowy takt dość znanej melodii „A thousend Years” w eterze rozległ się dodatkowy pożądany dźwięk. Śpiew z początku cichy i nie wyraźny jednak po chwili mocny i stanowczy, przepełniony pasją i idealne współgrający z melodią skrzypiec.
Heart beats fast colors and promises
How to be brave how can I love when I’m afraid to fall
But watching you stand alone
All of my doubt suddenly goes away somehow
One step closer
How to be brave how can I love when I’m afraid to fall
But watching you stand alone
All of my doubt suddenly goes away somehow
One step closer
I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more
Time stands still beauty in all she is
I will be brave I will not let anything take away
What’s standing in front of me
Every breath every hour has come to this
One step closer
I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more
And all along I believed I would find you
Time has brought your heart to me
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more
One step closer
One step closer
I have died everyday waiting for you
Darling don’t be afraid
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more
And all along I believed I would find you
Time has brought your heart to me
I have loved you for a thousand years
I’ll love you for a thousand more
Dziewczyna dopiero po skończeniu pieśni zrozumiała co robi i się lekko zarumieniała.
-Przepraszam Lil… graj dalej.-Nie umiała powiedzieć szatynce że nie ponieważ ona nie śpiewa. Zawsze gdy ta to bowiem robi melodia wychodzi jej niemal idealnie i nie przejmuje się małymi potknięciami.
-Nie… starczy na dziś.-Oznajmiła blondynka odkładając instrument do futerału.
***
4 lata, 4 godziny 23 minuty od podanej
daty katastrofy samolotu.
Wpis 15 w nowym dzienniku
Cały czas o tym myślę… Gdy słonecznej łuny blask nad horyzontem nieboskłonu owiał ich martwe w głębi ciała wiecznym całunem spokoju i nadziej zabierając memu sercu pokój ducha. Co czuli gdy wiedzieli że nadszedł ich czas i niecierpliwy Tanatos zbierał żniwo obfite ich dusz? Gdy ich powłoki cielesne rozrywane przez atmosferę i ranione powietrzem jęzorami ognia upadającego w dół samolotu, gdy ich dusze ulatywały z ciała prosto do upragnionego rajskiego elizjum? Nie wiem… jednak istny Mefistofeles wyrwał część mego serca i zgniótł w swej mrocznej dłoni pełnej mroku i cierpienia zatruwając słodkie odmęty duszy mojej. Nie ma dnia bym nie uchyliła rąbka myśli ku nim, dla spokoju liczę puls jak poradziła mi psycholożka biegła w swej profesji. Raz.. dwa… trzy… Działa albo… nie. Jednak pewien paskudny nawyk widoczny nawet w tym miejscu, otóż… liczę. Liczę dni, lata i godziny od ich upadku którego doświadczyli niczym Ikar z nieba. Jednak nie tylko oni mącą me odczucia, Lily… co dzień martwię się o złotowłosą duszyczkę którą nieco zaborczo mogę nazwać własną siostrą. Jest dla mnie jak ten ornament który wywabił mnie z tonącej głębi mroku gdy zatracałam się w sobie smutkiem raniąc boleśnie słowami i myślami ostrzejszymi niż żyletka. O to że dzieli mój los widząc tę zmorę piekielną, córkę szatana która wyciąga w naszym kierunku kwiat zguby. Odebrała mi wszystko… ale Liliany jej nie oddam! Lil jest moja, jest moją ostoją tym co mnie trzyma. Gdyby był tu jeszcze Garry…. I teraz wchodząc w temat tabu ostrzegam na swe imię i nazwisko, że tęsknię. Gdyby nie Lily zapadłabym się w nicość i stoczyła na dno w najgorszy możliwy sposób. Ale co by było wcześniej gdyby Garry mnie opuścił? Skazana na wieczną samotnię umarłabym ze smuty i zawiści do siebie. Teraz ukryta pod kolorowym całunem sztucznej siebie i radości tylko dla Lil i pamięci o Garrym. Czasem katuję się że brzmi to jakbym mówiła o umarłej istocie, ale to nie prawda! Czasem czuję w ustkach słodki smak cukierka którego dostałam od niego w tej piekielnej galerii szaleństwa. Chcę usilnie się wyrwać by z nim spotkać, choć… chwilkę porozmawiać… Kończę. Wołają na gaszenie świateł, czas spać. Jednak wątpię czy z tym stalkerem z lustra na muszce uronię choć jeden sen w stronę Morfeusza. Dobranoc. Koniec wpisu….

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz